Kapsztad
Kapsztad
Kapsztad


Na samym końcu Afryki – tam, gdzie potężna Góra Stołowa rzuca o poranku cień na walczące z wiatrem fale Oceanu Atlantyckiego, znajduje się niezwykłe miasto, stanowiące pełną kolorów mieszankę rozmaitych tradycji, różnorodnej kultury oraz trudnej i skomplikowanej historii, która każdego dnia na nowo przypomina o sobie wszystkim jego mieszkańcom.
Kapsztad założony w 1652 roku przez Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską jest jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo miast w Afryce, a jego ogromny potencjał technologiczny i ekonomiczny wspierają dodatkowo spektakularne widoki, przyjemna pogoda panująca przez niemal cały rok oraz specyficzny mikroklimat, któremu południowoafrykańskie wina zawdzięczają swój unikatowy smak. Miasto przylądkowe pełne doskonałych restauracji, luksusowych hoteli, ośrodków kultury oraz okazałych posiadłości z widokiem na niekończący się ocean zajmuje czołową pozycję w rankingach najlepszych miejsc do życia. Jednocześnie posiada także mało zaszczytny tytuł jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie, w którym szeroko pojęta przestępczość jest elementem codzienności tak samo powszechnym, jak skąpany w słońcu uśmiech jego mieszkańców.
Na samym końcu Afryki – tam, gdzie potężna Góra Stołowa rzuca o poranku cień na walczące z wiatrem fale Oceanu Atlantyckiego, znajduje się niezwykłe miasto, stanowiące pełną kolorów mieszankę rozmaitych tradycji, różnorodnej kultury oraz trudnej i skomplikowanej historii, która każdego dnia na nowo przypomina o sobie wszystkim jego mieszkańcom.
Kapsztad założony w 1652 roku przez Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską jest jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo miast w Afryce, a jego ogromny potencjał technologiczny i ekonomiczny wspierają dodatkowo spektakularne widoki, przyjemna pogoda panująca przez niemal cały rok oraz specyficzny mikroklimat, któremu południowoafrykańskie wina zawdzięczają swój unikatowy smak. Miasto przylądkowe pełne doskonałych restauracji, luksusowych hoteli, ośrodków kultury oraz okazałych posiadłości z widokiem na niekończący się ocean zajmuje czołową pozycję w rankingach najlepszych miejsc do życia. Jednocześnie posiada także mało zaszczytny tytuł jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie, w którym szeroko pojęta przestępczość jest elementem codzienności tak samo powszechnym, jak skąpany w słońcu uśmiech jego mieszkańców.
Na samym końcu Afryki – tam, gdzie potężna Góra Stołowa rzuca o poranku cień na walczące z wiatrem fale Oceanu Atlantyckiego, znajduje się niezwykłe miasto, stanowiące pełną kolorów mieszankę rozmaitych tradycji, różnorodnej kultury oraz trudnej i skomplikowanej historii, która każdego dnia na nowo przypomina o sobie wszystkim jego mieszkańcom.
Kapsztad założony w 1652 roku przez Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską jest jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo miast w Afryce, a jego ogromny potencjał technologiczny i ekonomiczny wspierają dodatkowo spektakularne widoki, przyjemna pogoda panująca przez niemal cały rok oraz specyficzny mikroklimat, któremu południowoafrykańskie wina zawdzięczają swój unikatowy smak. Miasto przylądkowe pełne doskonałych restauracji, luksusowych hoteli, ośrodków kultury oraz okazałych posiadłości z widokiem na niekończący się ocean zajmuje czołową pozycję w rankingach najlepszych miejsc do życia. Jednocześnie posiada także mało zaszczytny tytuł jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie, w którym szeroko pojęta przestępczość jest elementem codzienności tak samo powszechnym, jak skąpany w słońcu uśmiech jego mieszkańców.




Republika Południowej Afryki od dziesięcioleci zmaga się z problemami natury ekonomicznej, politycznej i społecznej, a surowe dziedzictwo apartheidu dostrzegalne jest szczególnie mocno właśnie w Kapsztadzie. W latach 50. XX wieku rząd składający się z białej mniejszości pozbawił ludzi o ciemniejszym kolorze skóry dostępu do instytucji publicznych, edukacji oraz miejsca do życia, zmuszając ich do osiedlenia się poza granicami miast. To haniebne działanie zaowocowało powstaniem obszarów zamieszkiwanych wyłącznie przez białych przybyszów, dla których życie pośród bujnej zieleni i piaszczystych plaż stało się piękną bajką trwającą nieprzerwanie aż do dziś.
Kapsztad skryty w mroku jesiennej nocy przywitał mnie rześkim zapachem dojrzałej roślinności wymieszanym z wonią kwitnących kwiatów oraz ciepłem rozgrzanej od słońca ziemi. Pogrążona w ciemności droga prowadziła ku wzniesieniom Constantii będącej najstarszym regionem winiarskim Kapsztadu, a złowrogie cienie drzew tańczące dziko w światłach samochodu szybko przypomniały mi o wysokim poziomie przestępczości w RPA, który wymusza przestrzeganie określonych reguł i zasad, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jedną z nich jest ignorowanie sygnalizacji świetlnej, która nocami nie ma na drodze żadnego znaczenia. Aby nie pozostawać w bezruchu nawet przez kilka sekund, należy omijać wszelkie uszkodzone samochody, prowizoryczne blokady drogowe, takie jak płonące śmieci czy sterty niewielkich kamieni, i nie zwracać uwagi na osoby proszące o jakąkolwiek pomoc, gdyż ich intencje mogą nie być jednoznaczne. Kiedy blask okazałych domów rozjaśnił ciemność, na poboczu dostrzegłam zarys potężnej ciężarówki oraz kilku nastu sylwetek stojących obok niej. Należały one do mężczyzn z grupy szybkiego reagowania, która do każdej z luksusowych willi znajdujących się w pobliżu ma dotrzeć w mniej niż trzy minuty, gdy świdrujący dźwięk alarmu poniesie się echem przez wypielęgnowane ogrody, informując całą okolicę o próbie włamania na teren posiadłości. RPA każdego dnia cierpi z powodu kryzysu energetycznego skutkującego przerwami w dostawie prądu, dlatego wiele firm, restauracji, hoteli i mieszkańców Kapsztadu jest w posiadaniu generatorów zapewniających zasilanie kluczowych urządzeń, spośród których do najważniejszych należą wszelkie systemy alarmowe. W ciągu nocy wiatr ześlizgujący się z pobliskich gór nieustannie wprawiał w ruch splątane gałęzie krzewów, wywołując nieznanymi dźwiękami nieprzyjemne uczucie czyjejś obecności na zewnątrz domu, lecz o poranku wytracił swoją wielką siłę, otulając moją skórę przyjemnym chłodem.
Republika Południowej Afryki od dziesięcioleci zmaga się z problemami natury ekonomicznej, politycznej i społecznej, a surowe dziedzictwo apartheidu dostrzegalne jest szczególnie mocno właśnie w Kapsztadzie. W latach 50. XX wieku rząd składający się z białej mniejszości pozbawił ludzi o ciemniejszym kolorze skóry dostępu do instytucji publicznych, edukacji oraz miejsca do życia, zmuszając ich do osiedlenia się poza granicami miast. To haniebne działanie zaowocowało powstaniem obszarów zamieszkiwanych wyłącznie przez białych przybyszów, dla których życie pośród bujnej zieleni i piaszczystych plaż stało się piękną bajką trwającą nieprzerwanie aż do dziś.
Kapsztad skryty w mroku jesiennej nocy przywitał mnie rześkim zapachem dojrzałej roślinności wymieszanym z wonią kwitnących kwiatów oraz ciepłem rozgrzanej od słońca ziemi. Pogrążona w ciemności droga prowadziła ku wzniesieniom Constantii będącej najstarszym regionem winiarskim Kapsztadu, a złowrogie cienie drzew tańczące dziko w światłach samochodu szybko przypomniały mi o wysokim poziomie przestępczości w RPA, który wymusza przestrzeganie określonych reguł i zasad, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jedną z nich jest ignorowanie sygnalizacji świetlnej, która nocami nie ma na drodze żadnego znaczenia. Aby nie pozostawać w bezruchu nawet przez kilka sekund, należy omijać wszelkie uszkodzone samochody, prowizoryczne blokady drogowe, takie jak płonące śmieci czy sterty niewielkich kamieni, i nie zwracać uwagi na osoby proszące o jakąkolwiek pomoc, gdyż ich intencje mogą nie być jednoznaczne. Kiedy blask okazałych domów rozjaśnił ciemność, na poboczu dostrzegłam zarys potężnej ciężarówki oraz kilku nastu sylwetek stojących obok niej. Należały one do mężczyzn z grupy szybkiego reagowania, która do każdej z luksusowych willi znajdujących się w pobliżu ma dotrzeć w mniej niż trzy minuty, gdy świdrujący dźwięk alarmu poniesie się echem przez wypielęgnowane ogrody, informując całą okolicę o próbie włamania na teren posiadłości. RPA każdego dnia cierpi z powodu kryzysu energetycznego skutkującego przerwami w dostawie prądu, dlatego wiele firm, restauracji, hoteli i mieszkańców Kapsztadu jest w posiadaniu generatorów zapewniających zasilanie kluczowych urządzeń, spośród których do najważniejszych należą wszelkie systemy alarmowe. W ciągu nocy wiatr ześlizgujący się z pobliskich gór nieustannie wprawiał w ruch splątane gałęzie krzewów, wywołując nieznanymi dźwiękami nieprzyjemne uczucie czyjejś obecności na zewnątrz domu, lecz o poranku wytracił swoją wielką siłę, otulając moją skórę przyjemnym chłodem.
Republika Południowej Afryki od dziesięcioleci zmaga się z problemami natury ekonomicznej, politycznej i społecznej, a surowe dziedzictwo apartheidu dostrzegalne jest szczególnie mocno właśnie w Kapsztadzie. W latach 50. XX wieku rząd składający się z białej mniejszości pozbawił ludzi o ciemniejszym kolorze skóry dostępu do instytucji publicznych, edukacji oraz miejsca do życia, zmuszając ich do osiedlenia się poza granicami miast. To haniebne działanie zaowocowało powstaniem obszarów zamieszkiwanych wyłącznie przez białych przybyszów, dla których życie pośród bujnej zieleni i piaszczystych plaż stało się piękną bajką trwającą nieprzerwanie aż do dziś.
Kapsztad skryty w mroku jesiennej nocy przywitał mnie rześkim zapachem dojrzałej roślinności wymieszanym z wonią kwitnących kwiatów oraz ciepłem rozgrzanej od słońca ziemi. Pogrążona w ciemności droga prowadziła ku wzniesieniom Constantii będącej najstarszym regionem winiarskim Kapsztadu, a złowrogie cienie drzew tańczące dziko w światłach samochodu szybko przypomniały mi o wysokim poziomie przestępczości w RPA, który wymusza przestrzeganie określonych reguł i zasad, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Jedną z nich jest ignorowanie sygnalizacji świetlnej, która nocami nie ma na drodze żadnego znaczenia. Aby nie pozostawać w bezruchu nawet przez kilka sekund, należy omijać wszelkie uszkodzone samochody, prowizoryczne blokady drogowe, takie jak płonące śmieci czy sterty niewielkich kamieni, i nie zwracać uwagi na osoby proszące o jakąkolwiek pomoc, gdyż ich intencje mogą nie być jednoznaczne. Kiedy blask okazałych domów rozjaśnił ciemność, na poboczu dostrzegłam zarys potężnej ciężarówki oraz kilku nastu sylwetek stojących obok niej. Należały one do mężczyzn z grupy szybkiego reagowania, która do każdej z luksusowych willi znajdujących się w pobliżu ma dotrzeć w mniej niż trzy minuty, gdy świdrujący dźwięk alarmu poniesie się echem przez wypielęgnowane ogrody, informując całą okolicę o próbie włamania na teren posiadłości. RPA każdego dnia cierpi z powodu kryzysu energetycznego skutkującego przerwami w dostawie prądu, dlatego wiele firm, restauracji, hoteli i mieszkańców Kapsztadu jest w posiadaniu generatorów zapewniających zasilanie kluczowych urządzeń, spośród których do najważniejszych należą wszelkie systemy alarmowe. W ciągu nocy wiatr ześlizgujący się z pobliskich gór nieustannie wprawiał w ruch splątane gałęzie krzewów, wywołując nieznanymi dźwiękami nieprzyjemne uczucie czyjejś obecności na zewnątrz domu, lecz o poranku wytracił swoją wielką siłę, otulając moją skórę przyjemnym chłodem.










Dzień rozpoczęłam od wspinaczki na Kloof Corner, z którego rozciąga się widok na miasto oraz Lion’s Head – jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów całej Afryki. Stromy szlak pnie się wśród kremowo-żółtych kwiatów protei królewskich, które jako najpiękniejsze ze wszystkich gatunków tych roślin stanowią symbol narodowy RPA, gdyż szybko regenerują się po intensywnych pożarach i długotrwałej suszy, odzwierciedlając upór oraz wytrwałość mieszkańców Południowej Afryki. To właśnie nektar tych niezwykłych kwiatów stanowi ulubiony przysmak niewielkich ptaków o wyjątkowo długich ogonach znanych jako capesugarbird, a także największą ozdobę unikatowej formacji roślinnej zwanej fynbos, która występuje wyłącznie na terenie RPA i w niemal 70% składa się z gatunków endemicznych. Gdy moja wędrówka pośród setek kwiatów i pachnących dzikością roślin dobiegła końca, zasłużony odpoczynek odnalazłam na śnieżnobiałej plaży w Simon’s Town znanej ze swoich wyjątkowych, nieco nieporadnych mieszkańców potykających się nieustannie o gałązki lub własne stopy.
W 1982 roku niewielka grupa pingwinów przylądkowych zadomowiła się na miękkim piasku w cieniu potężnych, granitowych głazów chroniących plażę przed działaniem wiatru i fal, a ich kolonia objęta ścisłą ochroną rozrosła się do około trzech tysięcy osobników, które na co dzień można obserwować z drewnianych kładek lub ścieżki ukrytej pośród gęstej roślinności. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat światowa populacja pingwina przylądkowego spadła o ponad 90 proc., co uczyniło te niezwykłe ptaki jednym z najbardziej narażonych na wyginięcie gatunków zwierząt na naszej planecie. Choć wchodząc na plażę, należy zamknąć za sobą liczne furtki, o czym pamięta większość odwiedzających to miejsce osób, co pewien czas któryś z bardziej przebiegłych pingwinów odnajduje sposób, aby udać się na samotny rekonesans pobliskiego parkingu. Jeden z nich minął mnie, zeskakując bez trudu z nie wielkiego murka, by następnie skryć się w cieniu samochodów i ze spokojem obserwować zaskoczenie na twarzach wszystkich zebranych dookoła ludzi. Zachód słońca, które rzucało intensywnie pomarańczową poświatę na pasmo górskie Dwunastu Apostołów, obejrzałam z plaży Camps Bay w towarzystwie góralków skalnych – niewielkich, futrzastych stworzeń o wiecznie zdziwionym spojrzeniu przypominających swoim wyglądem wyrośnięte świnkimorskie.
Dzień rozpoczęłam od wspinaczki na Kloof Corner, z którego rozciąga się widok na miasto oraz Lion’s Head – jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów całej Afryki. Stromy szlak pnie się wśród kremowo-żółtych kwiatów protei królewskich, które jako najpiękniejsze ze wszystkich gatunków tych roślin stanowią symbol narodowy RPA, gdyż szybko regenerują się po intensywnych pożarach i długotrwałej suszy, odzwierciedlając upór oraz wytrwałość mieszkańców Południowej Afryki. To właśnie nektar tych niezwykłych kwiatów stanowi ulubiony przysmak niewielkich ptaków o wyjątkowo długich ogonach znanych jako capesugarbird, a także największą ozdobę unikatowej formacji roślinnej zwanej fynbos, która występuje wyłącznie na terenie RPA i w niemal 70% składa się z gatunków endemicznych. Gdy moja wędrówka pośród setek kwiatów i pachnących dzikością roślin dobiegła końca, zasłużony odpoczynek odnalazłam na śnieżnobiałej plaży w Simon’s Town znanej ze swoich wyjątkowych, nieco nieporadnych mieszkańców potykających się nieustannie o gałązki lub własne stopy.
W 1982 roku niewielka grupa pingwinów przylądkowych zadomowiła się na miękkim piasku w cieniu potężnych, granitowych głazów chroniących plażę przed działaniem wiatru i fal, a ich kolonia objęta ścisłą ochroną rozrosła się do około trzech tysięcy osobników, które na co dzień można obserwować z drewnianych kładek lub ścieżki ukrytej pośród gęstej roślinności. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat światowa populacja pingwina przylądkowego spadła o ponad 90 proc., co uczyniło te niezwykłe ptaki jednym z najbardziej narażonych na wyginięcie gatunków zwierząt na naszej planecie. Choć wchodząc na plażę, należy zamknąć za sobą liczne furtki, o czym pamięta większość odwiedzających to miejsce osób, co pewien czas któryś z bardziej przebiegłych pingwinów odnajduje sposób, aby udać się na samotny rekonesans pobliskiego parkingu. Jeden z nich minął mnie, zeskakując bez trudu z nie wielkiego murka, by następnie skryć się w cieniu samochodów i ze spokojem obserwować zaskoczenie na twarzach wszystkich zebranych dookoła ludzi. Zachód słońca, które rzucało intensywnie pomarańczową poświatę na pasmo górskie Dwunastu Apostołów, obejrzałam z plaży Camps Bay w towarzystwie góralków skalnych – niewielkich, futrzastych stworzeń o wiecznie zdziwionym spojrzeniu przypominających swoim wyglądem wyrośnięte świnkimorskie.
Dzień rozpoczęłam od wspinaczki na Kloof Corner, z którego rozciąga się widok na miasto oraz Lion’s Head – jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów całej Afryki. Stromy szlak pnie się wśród kremowo-żółtych kwiatów protei królewskich, które jako najpiękniejsze ze wszystkich gatunków tych roślin stanowią symbol narodowy RPA, gdyż szybko regenerują się po intensywnych pożarach i długotrwałej suszy, odzwierciedlając upór oraz wytrwałość mieszkańców Południowej Afryki. To właśnie nektar tych niezwykłych kwiatów stanowi ulubiony przysmak niewielkich ptaków o wyjątkowo długich ogonach znanych jako capesugarbird, a także największą ozdobę unikatowej formacji roślinnej zwanej fynbos, która występuje wyłącznie na terenie RPA i w niemal 70% składa się z gatunków endemicznych. Gdy moja wędrówka pośród setek kwiatów i pachnących dzikością roślin dobiegła końca, zasłużony odpoczynek odnalazłam na śnieżnobiałej plaży w Simon’s Town znanej ze swoich wyjątkowych, nieco nieporadnych mieszkańców potykających się nieustannie o gałązki lub własne stopy.
W 1982 roku niewielka grupa pingwinów przylądkowych zadomowiła się na miękkim piasku w cieniu potężnych, granitowych głazów chroniących plażę przed działaniem wiatru i fal, a ich kolonia objęta ścisłą ochroną rozrosła się do około trzech tysięcy osobników, które na co dzień można obserwować z drewnianych kładek lub ścieżki ukrytej pośród gęstej roślinności. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat światowa populacja pingwina przylądkowego spadła o ponad 90 proc., co uczyniło te niezwykłe ptaki jednym z najbardziej narażonych na wyginięcie gatunków zwierząt na naszej planecie. Choć wchodząc na plażę, należy zamknąć za sobą liczne furtki, o czym pamięta większość odwiedzających to miejsce osób, co pewien czas któryś z bardziej przebiegłych pingwinów odnajduje sposób, aby udać się na samotny rekonesans pobliskiego parkingu. Jeden z nich minął mnie, zeskakując bez trudu z nie wielkiego murka, by następnie skryć się w cieniu samochodów i ze spokojem obserwować zaskoczenie na twarzach wszystkich zebranych dookoła ludzi. Zachód słońca, które rzucało intensywnie pomarańczową poświatę na pasmo górskie Dwunastu Apostołów, obejrzałam z plaży Camps Bay w towarzystwie góralków skalnych – niewielkich, futrzastych stworzeń o wiecznie zdziwionym spojrzeniu przypominających swoim wyglądem wyrośnięte świnkimorskie.






Kolejny dzień rozpoczęłam od wizyty w zajmującym ponad 500 hektarów ogrodzie botanicznym Kirstenbosch. Dzięki jego wyjątkowemu umiejscowieniu u wschodnich podnóży Góry Stołowej, promienie słońca przeciskające się o poranku przez pokryte cienką warstwą chmur rdzenne lasy Afrotemperate tworzą scenerię tak piękną, że nie sposób o niej zapomnieć. Postanowiłam odwiedzić także historyczną dzielnicę Bo Kaap znaną z kolorowych domów pochodzących z XVIII i XIX wieku, które zamieszkiwane są przez potomków wyzwolonych niewolników ze społeczności Cape Malay, czyli muzułmanów przywiezionych na Przylądek siłą między innymi z dzisiejszej Indonezji (wówczas Holenderskich Indii Wschodnich). Gdy otrzymali oni prawo do wykupienia swoich domostw, pokryli białe ściany jaskrawymi barwami, by uczcić w ten sposób długo wyczekiwaną wolność. Choć na twarzach przebywających tu ludzi gości wszechobecny uśmiech, atmosfera tego miejsca nie zachęca do dłuższego pobytu, a wędrowanie po kolorowych uliczkach wywołuje trudny do opisania dyskomfort uniemożliwiający swobodne cieszenie się spacerem. Pełen spokój odzyskałam daleko za miastem, na Przylądku Dobrej Nadziei słynącym z nieustępliwego wiatru, który pędzi wzdłuż potężnych klifów bez chwili wytchnienia.


Ostatni punkt Półwyspu Przylądkowego mylnie kojarzony jest z Przylądkiem Igielnym wyznaczającym południowy kraniec Afryki, gdzie spotykają się dwie potężne siły: Ocean Atlantycki i Ocean Indyjski. Z połączenia ich prądów powstają wyjątkowo groźne fale, które pochłonęły życie wielu marynarzy oraz dały początek legendzie o Latającym Holendrze – statku widmo skazanym na wieczne żeglowanie po tym, jak zaginął w silnej burzy właśnie w pobliżu Przylądka. Gdy dotarłam tutaj około godziny 14:00, towarzyszem mojej podróży był jedynie samotny pawian spacerujący leniwie wzdłuż drogi. Za nią rozciągał się wspaniały fynbos pełen drobnych, białych kwiatów, który opadał dramatycznie w dół kilkadziesiąt metrów dalej, zmieniając się w wysokie klify toczące nieustanną walkę ze wzburzonymi falami o kolorze głębokiego turkusu. Najbardziej znanymi mieszkańcami Przylądka Dobrej Nadziei są strusie afrykańskie, które niespiesznym krokiem przemieszczają się wśród roślinności i chętnie zatrzymują na krótką przerwę dokładnie na środku drogi, nie zamierzając ustąpić nadjeżdżającym samochodom. Olbrzymie ptaki wyglądają wtedy tak, jak gdyby decydowały, kto zasługuje na dotarcie na sam skraj kontynentu i zobaczenie słynnej tablicy z koordynatami 34°21’25”S 18°28’26”E. Swoją podróż do Kapsztadu zakończyłam pośród kwiatów protei, na jednym z najstarszych szlaków prowadzących wzdłuż Góry Stołowej, by po raz ostatni spojrzeć na miasto skąpane w promieniach zachodzącego słońca.




Kapsztad znany z figlarnego wiatru podwiewającego do góry sukienki w najmniej oczekiwanym momencie, ze swoimi górami porośniętymi tysiącami kwiatów, powietrzem wypełnionym lekką bryzą, światłem przemykającym między bujnymi drzewami oraz malowniczymi drogami wykutymi na skraju potężnych skalnych ścian pełen jest nierówności społecznych, które niosą ze sobą wspomnienie jednej z największych krzywd, jaką ludzie wyrządzili sobie nawzajem. Wyjazd do tego miejsca nie może odbyć się bez zwiększonej uważności na otaczający świat, jednak otwartość i wiedza na te mat trudnej historii RPA mogą zmienić go w najpiękniejszą podróż w życiu, która zajmie w sercu więcej miejsca, niż wszystkie pozostałe.
Artykuł dla Lekko magazyn październik 2026


Kolejny dzień rozpoczęłam od wizyty w zajmującym ponad 500 hektarów ogrodzie botanicznym Kirstenbosch. Dzięki jego wyjątkowemu umiejscowieniu u wschodnich podnóży Góry Stołowej, promienie słońca przeciskające się o poranku przez pokryte cienką warstwą chmur rdzenne lasy Afrotemperate tworzą scenerię tak piękną, że nie sposób o niej zapomnieć. Postanowiłam odwiedzić także historyczną dzielnicę Bo Kaap znaną z kolorowych domów pochodzących z XVIII i XIX wieku, które zamieszkiwane są przez potomków wyzwolonych niewolników ze społeczności Cape Malay, czyli muzułmanów przywiezionych na Przylądek siłą między innymi z dzisiejszej Indonezji (wówczas Holenderskich Indii Wschodnich). Gdy otrzymali oni prawo do wykupienia swoich domostw, pokryli białe ściany jaskrawymi barwami, by uczcić w ten sposób długo wyczekiwaną wolność. Choć na twarzach przebywających tu ludzi gości wszechobecny uśmiech, atmosfera tego miejsca nie zachęca do dłuższego pobytu, a wędrowanie po kolorowych uliczkach wywołuje trudny do opisania dyskomfort uniemożliwiający swobodne cieszenie się spacerem. Pełen spokój odzyskałam daleko za miastem, na Przylądku Dobrej Nadziei słynącym z nieustępliwego wiatru, który pędzi wzdłuż potężnych klifów bez chwili wytchnienia.
Kolejny dzień rozpoczęłam od wizyty w zajmującym ponad 500 hektarów ogrodzie botanicznym Kirstenbosch. Dzięki jego wyjątkowemu umiejscowieniu u wschodnich podnóży Góry Stołowej, promienie słońca przeciskające się o poranku przez pokryte cienką warstwą chmur rdzenne lasy Afrotemperate tworzą scenerię tak piękną, że nie sposób o niej zapomnieć. Postanowiłam odwiedzić także historyczną dzielnicę Bo Kaap znaną z kolorowych domów pochodzących z XVIII i XIX wieku, które zamieszkiwane są przez potomków wyzwolonych niewolników ze społeczności Cape Malay, czyli muzułmanów przywiezionych na Przylądek siłą między innymi z dzisiejszej Indonezji (wówczas Holenderskich Indii Wschodnich). Gdy otrzymali oni prawo do wykupienia swoich domostw, pokryli białe ściany jaskrawymi barwami, by uczcić w ten sposób długo wyczekiwaną wolność. Choć na twarzach przebywających tu ludzi gości wszechobecny uśmiech, atmosfera tego miejsca nie zachęca do dłuższego pobytu, a wędrowanie po kolorowych uliczkach wywołuje trudny do opisania dyskomfort uniemożliwiający swobodne cieszenie się spacerem. Pełen spokój odzyskałam daleko za miastem, na Przylądku Dobrej Nadziei słynącym z nieustępliwego wiatru, który pędzi wzdłuż potężnych klifów bez chwili wytchnienia.
Ostatni punkt Półwyspu Przylądkowego mylnie kojarzony jest z Przylądkiem Igielnym wyznaczającym południowy kraniec Afryki, gdzie spotykają się dwie potężne siły: Ocean Atlantycki i Ocean Indyjski. Z połączenia ich prądów powstają wyjątkowo groźne fale, które pochłonęły życie wielu marynarzy oraz dały początek legendzie o Latającym Holendrze – statku widmo skazanym na wieczne żeglowanie po tym, jak zaginął w silnej burzy właśnie w pobliżu Przylądka. Gdy dotarłam tutaj około godziny 14:00, towarzyszem mojej podróży był jedynie samotny pawian spacerujący leniwie wzdłuż drogi. Za nią rozciągał się wspaniały fynbos pełen drobnych, białych kwiatów, który opadał dramatycznie w dół kilkadziesiąt metrów dalej, zmieniając się w wysokie klify toczące nieustanną walkę ze wzburzonymi falami o kolorze głębokiego turkusu. Najbardziej znanymi mieszkańcami Przylądka Dobrej Nadziei są strusie afrykańskie, które niespiesznym krokiem przemieszczają się wśród roślinności i chętnie zatrzymują na krótką przerwę dokładnie na środku drogi, nie zamierzając ustąpić nadjeżdżającym samochodom. Olbrzymie ptaki wyglądają wtedy tak, jak gdyby decydowały, kto zasługuje na dotarcie na sam skraj kontynentu i zobaczenie słynnej tablicy z koordynatami 34°21’25”S 18°28’26”E. Swoją podróż do Kapsztadu zakończyłam pośród kwiatów protei, na jednym z najstarszych szlaków prowadzących wzdłuż Góry Stołowej, by po raz ostatni spojrzeć na miasto skąpane w promieniach zachodzącego słońca.
Ostatni punkt Półwyspu Przylądkowego mylnie kojarzony jest z Przylądkiem Igielnym wyznaczającym południowy kraniec Afryki, gdzie spotykają się dwie potężne siły: Ocean Atlantycki i Ocean Indyjski. Z połączenia ich prądów powstają wyjątkowo groźne fale, które pochłonęły życie wielu marynarzy oraz dały początek legendzie o Latającym Holendrze – statku widmo skazanym na wieczne żeglowanie po tym, jak zaginął w silnej burzy właśnie w pobliżu Przylądka. Gdy dotarłam tutaj około godziny 14:00, towarzyszem mojej podróży był jedynie samotny pawian spacerujący leniwie wzdłuż drogi. Za nią rozciągał się wspaniały fynbos pełen drobnych, białych kwiatów, który opadał dramatycznie w dół kilkadziesiąt metrów dalej, zmieniając się w wysokie klify toczące nieustanną walkę ze wzburzonymi falami o kolorze głębokiego turkusu. Najbardziej znanymi mieszkańcami Przylądka Dobrej Nadziei są strusie afrykańskie, które niespiesznym krokiem przemieszczają się wśród roślinności i chętnie zatrzymują na krótką przerwę dokładnie na środku drogi, nie zamierzając ustąpić nadjeżdżającym samochodom. Olbrzymie ptaki wyglądają wtedy tak, jak gdyby decydowały, kto zasługuje na dotarcie na sam skraj kontynentu i zobaczenie słynnej tablicy z koordynatami 34°21’25”S 18°28’26”E. Swoją podróż do Kapsztadu zakończyłam pośród kwiatów protei, na jednym z najstarszych szlaków prowadzących wzdłuż Góry Stołowej, by po raz ostatni spojrzeć na miasto skąpane w promieniach zachodzącego słońca.
Kapsztad znany z figlarnego wiatru podwiewającego do góry sukienki w najmniej oczekiwanym momencie, ze swoimi górami porośniętymi tysiącami kwiatów, powietrzem wypełnionym lekką bryzą, światłem przemykającym między bujnymi drzewami oraz malowniczymi drogami wykutymi na skraju potężnych skalnych ścian pełen jest nierówności społecznych, które niosą ze sobą wspomnienie jednej z największych krzywd, jaką ludzie wyrządzili sobie nawzajem. Wyjazd do tego miejsca nie może odbyć się bez zwiększonej uważności na otaczający świat, jednak otwartość i wiedza na te mat trudnej historii RPA mogą zmienić go w najpiękniejszą podróż w życiu, która zajmie w sercu więcej miejsca, niż wszystkie pozostałe.
Kapsztad znany z figlarnego wiatru podwiewającego do góry sukienki w najmniej oczekiwanym momencie, ze swoimi górami porośniętymi tysiącami kwiatów, powietrzem wypełnionym lekką bryzą, światłem przemykającym między bujnymi drzewami oraz malowniczymi drogami wykutymi na skraju potężnych skalnych ścian pełen jest nierówności społecznych, które niosą ze sobą wspomnienie jednej z największych krzywd, jaką ludzie wyrządzili sobie nawzajem. Wyjazd do tego miejsca nie może odbyć się bez zwiększonej uważności na otaczający świat, jednak otwartość i wiedza na te mat trudnej historii RPA mogą zmienić go w najpiękniejszą podróż w życiu, która zajmie w sercu więcej miejsca, niż wszystkie pozostałe.
Artykuł dla Lekko magazyn październik 2026
Kapsztad znany z figlarnego wiatru podwiewającego do góry sukienki w najmniej oczekiwanym momencie, ze swoimi górami porośniętymi tysiącami kwiatów, powietrzem wypełnionym lekką bryzą, światłem przemykającym między bujnymi drzewami oraz malowniczymi drogami wykutymi na skraju potężnych skalnych ścian pełen jest nierówności społecznych, które niosą ze sobą wspomnienie jednej z największych krzywd, jaką ludzie wyrządzili sobie nawzajem. Wyjazd do tego miejsca nie może odbyć się bez zwiększonej uważności na otaczający świat, jednak otwartość i wiedza na te mat trudnej historii RPA mogą zmienić go w najpiękniejszą podróż w życiu, która zajmie w sercu więcej miejsca, niż wszystkie pozostałe.
Artykuł dla Lekko magazyn październik 2026















Wskazówki dotyczące podróży do RPA
Wskazówki dotyczące podróży do RPA
Wskazówki dotyczące podróży do RPA
Zagrożenia w RPA to nie żart, a dbanie o bezpieczeństwo powinno być priorytetem. Jeśli w Twojej głowie pojawi się myśl "coś jest nie tak", tutaj musisz jej posłuchać i absolutnie z nią nie dyskutować, bo może uratować Cię przed czymś gorszym, niż utrata torebki czy plecaka.
Unikaj przemieszczania się nocą, a jeśli prowadzisz samochód, nie zatrzymuj się na czerwonym świetle, zachowuj spory dystans od otaczających Cię samochodów i choćby nie wiem co - nie wysiadaj, żeby komuś pomóc. Jeśli uważasz, że jakieś zdarzenie powinno zostać zgłoszone, zadzwoń na policję, numer to 10111.
W sklepach sieci Woolworth's znajdziesz duży wybór naprawdę pysznego, gotowego jedzenia oraz truflowo-czosnkowe Lay's - moim zdaniem najlepsze chipsy na świecie.
Jadąc do Parku Krugera nie korzystaj z bramy Numbi - zrób dokładny research.
Pojedź na Przylądek Dobrej Nadziei i pozbieraj odrobinę śmieci z plaży, jak już tam będziesz. Uważaj na pawiany! Toalety są przed nimi zabezpieczane kratami, ale miej na uwadze, że to mądre stworzenia i z jednym z nich możesz się nieoczekiwanie minąć.
Zrób sobie tę przyjemność i wypożycz Cobrę - zjawiskowe, głośne i bardzo wolne auto, w którym będziesz się bez przerwy uśmiechać. Dzienny wynajem to koszt około 800 zł, ale zapewniam Cię, że przejażdżki tym samochodem z widokiem na Górę Stołową i Champan's Peak nie zapomnisz do końca życia.
Zagrożenia w RPA to nie żart, a dbanie o bezpieczeństwo powinno być priorytetem. Jeśli w Twojej głowie pojawi się myśl "coś jest nie tak", tutaj musisz jej posłuchać i absolutnie z nią nie dyskutować, bo może uratować Cię przed czymś gorszym, niż utrata torebki czy plecaka.
Unikaj przemieszczania się nocą, a jeśli prowadzisz samochód, nie zatrzymuj się na czerwonym świetle, zachowuj spory dystans od otaczających Cię samochodów i choćby nie wiem co - nie wysiadaj, żeby komuś pomóc. Jeśli uważasz, że jakieś zdarzenie powinno zostać zgłoszone, zadzwoń na policję, numer to 10111.
W sklepach sieci Woolworth's znajdziesz duży wybór naprawdę pysznego, gotowego jedzenia oraz truflowo-czosnkowe Lay's - moim zdaniem najlepsze chipsy na świecie.
Jadąc do Parku Krugera nie korzystaj z bramy Numbi - zrób dokładny research.
Pojedź na Przylądek Dobrej Nadziei i pozbieraj odrobinę śmieci z plaży, jak już tam będziesz. Uważaj na pawiany! Toalety są przed nimi zabezpieczane kratami, ale miej na uwadze, że to mądre stworzenia i z jednym z nich możesz się nieoczekiwanie minąć.
Zrób sobie tę przyjemność i wypożycz Cobrę - zjawiskowe, głośne i bardzo wolne auto, w którym będziesz się bez przerwy uśmiechać. Dzienny wynajem to koszt około 800 zł, ale zapewniam Cię, że przejażdżki tym samochodem z widokiem na Górę Stołową i Champan's Peak nie zapomnisz do końca życia.
Zagrożenia w RPA to nie żart, a dbanie o bezpieczeństwo powinno być priorytetem. Jeśli w Twojej głowie pojawi się myśl "coś jest nie tak", tutaj musisz jej posłuchać i absolutnie z nią nie dyskutować, bo może uratować Cię przed czymś gorszym, niż utrata torebki czy plecaka.
Unikaj przemieszczania się nocą, a jeśli prowadzisz samochód, nie zatrzymuj się na czerwonym świetle, zachowuj spory dystans od otaczających Cię samochodów i choćby nie wiem co - nie wysiadaj, żeby komuś pomóc. Jeśli uważasz, że jakieś zdarzenie powinno zostać zgłoszone, zadzwoń na policję, numer to 10111.
W sklepach sieci Woolworth's znajdziesz duży wybór naprawdę pysznego, gotowego jedzenia oraz truflowo-czosnkowe Lay's - moim zdaniem najlepsze chipsy na świecie.
Jadąc do Parku Krugera nie korzystaj z bramy Numbi - zrób dokładny research.
Pojedź na Przylądek Dobrej Nadziei i pozbieraj odrobinę śmieci z plaży, jak już tam będziesz. Uważaj na pawiany! Toalety są przed nimi zabezpieczane kratami, ale miej na uwadze, że to mądre stworzenia i z jednym z nich możesz się nieoczekiwanie minąć.
Zrób sobie tę przyjemność i wypożycz Cobrę - zjawiskowe, głośne i bardzo wolne auto, w którym będziesz się bez przerwy uśmiechać. Dzienny wynajem to koszt około 800 zł, ale zapewniam Cię, że przejażdżki tym samochodem z widokiem na Górę Stołową i Champan's Peak nie zapomnisz do końca życia.



























